logo
 
A
A
A
 
ks. Zbigniew Kapłański
Posłuchajmy bez podsłuchiwania

Wywiadu z Anonimowym Spowiednikiem ciąg dalszy

 
 
Księdza Anonimowego Spowiednika spotkałem w Licheniu, zaprzyjaźniliśmy się trochę. Jest proboszczem parafii w kilkutysięcznym miasteczku, spowiada kleryków, wielu ludzi przyjeżdża do niego, często on sam jedzie na Jasną Górę i tam zakłada fioletową stułę? Postanowiłem porozmawiać z nim o spowiedzi - jedna z niewielu okazji, aby o tajemnicy mówić bezpiecznie, z pożytkiem dla Czytelników i bez naruszenia czyjegokolwiek dobra. Z tego też powodu nie ujawniam nawet imienia tego kapłana, myślę jednak, że pytania pochodzące od młodzieży z różnych krańców Polski są dość typowe, często nurtujące serca wierzących.
 
Pierwszą część tego wywiadu można przeczytac TUTAJ: artykuł "Rozdzielam Jego łaskę".

Dodam też - nie bez satysfakcji - że przypadliśmy sobie do gustu w zakresie posługiwania w konfesjonale prawdopodobnie dlatego, że mamy bardzo zbliżone spojrzenie na ten temat. Pewnie dlatego jeden ze znajomych po przeczytaniu pierwszej części wywiadu zapytał żartobliwie: "Czy ksiądz przeprowadził wywiad z samym sobą?". Tym chętniej prezentuję ciąg dalszy naszej rozmowy.
 

Odwrócić się od Ciebie, mój Boże, to upaść;
a zwrócić się znowu do Ciebie to podnieść się;
zostawić Cię to umrzeć, powrócić zaś do Ciebie
to powstać do nowego życia.
Św. Augustyn

 
ks. Zbigniew Kapłański: Sporo mówiliśmy o tym, że spowiednik jest człowiekiem, a zatem musi dużo się modlić, aby pełnić tę posługę "po Bożemu". A jeśli spowiednik się nie modli? Czy psuje "robotę" Panu Bogu? 
 
Anonimowy Spowiednik: To bardzo trudne pytanie. Wierząc Opatrzności Bożej można powiedzieć, że żaden człowiek nie jest w stanie nic zepsuć Panu Bogu. Ale może popsuć drugiemu człowiekowi.
 
Pan Bóg dał człowiekowi wolność i jednocześnie złożył na jego barki odpowiedzialność za dobre używanie tej wolności. Pamiętam wydarzenie ze swego życia. Jeszcze za czasów licealnych poszedłem do spowiedzi w jednym z polskich sanktuariów maryjnych z przekonaniem, że tam wyspowiadam się "lepiej". Trochę niedojrzałe oczekiwanie, ale rzeczywiście w wielu miejscach jakoś bardziej się daje odczuć obecność Bożej łaski. To, co tam usłyszałem było kompletnie sprzeczne z moim młodzieńczym pojmowaniem Miłosierdzia. Rozgrzeszenie otrzymałem, ale w sercu zrobiło się ogromne zamieszanie. Nie pozwoliłem jednak, aby to zamieszanie pozostawało tam na dłużej. Następnego dnia poszedłem do jednego z zaprzyjaźnionych księży i opowiedziałem wszystko po kolei. Słuchałem spokojnych wyjaśnień i wszystko powróciło do normy. I zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy z wątpliwościami potrafią czekać latami. Przecież może się zdarzyć, że niedokładnie usłyszę słowa spowiednika, bywa, że jest on zmęczony albo chory i coś nieprzejrzyście wyjaśni, bywa, że sam jestem rozproszony i coś źle zrozumiem. Ale troszcząc się o swą wiarę mam obowiązek każdą wątpliwość jak najszybciej wyjaśnić. Wiele razy byłem proszony o wyjaśnienie niezrozumiałych poleceń, teologiczne bądź biblijne uzasadnienie jakiegoś poglądu, skorygowanie zadanej pokuty. Kiedyś zadano mi pytanie, czy mogę zmienić pokutę - jakiś spowiednik nakazał penitentowi codzienne moczenie nóg. Innym razem tłumaczyłem, że współżycie między kobietą i mężczyzną jest zgodne z wolą Bożą tylko w małżeństwie, a nie wtedy, kiedy powie się w cztery oczy tajemnicze słowo "kocham" (a penitent twierdził, że właśnie tak mu powiedziano w poprzedniej spowiedzi).

Może jeszcze użyję porównania. Gdy ktoś zauważa w swym ciele jakieś niepokojące objawy, to zgłasza się do lekarza i prosi o konsultację. Jeśli usłyszy coś zaskakującego, często sprzecznego z oczekiwaniami, to chyba pójdzie do następnego lekarza tej specjalności, by porównać, skonsultować. Jedna jest różnica: gdy idę do innego lekarza, to mogę ukryć poprzednią wizytę, by nic następnemu specjaliście nie sugerować, ale jeśli idę do innego spowiednika z tym samym problemem, to mam obowiązek powiedzieć, że już to w spowiedzi omawiałem, ale nie wszystko rozumiem? 
 
 
A jeśli ktoś nie jest w tak szczęśliwej sytuacji jak Ksiądz w latach licealnych, jeśli człowiek czuje się sam ze swoim problemem, nie ma żadnego zaprzyjaźnionego kapłana, do tego jest nieśmiały i przerażony całą sytuacją?
 
O życie duchowe trzeba walczyć. Zwłaszcza własne. Przyjaźń z Panem Bogiem jest tak wielką wartością, że nie wolno pozostawać biernym, jak jest zagrożona.
 
Mam swoją dziwaczną tezę, że każdy katolik powinien mieć zaprzyjaźnionego księdza. Poza tym przeżywamy takie czasy, że dzięki mediom świat się zmniejszył i możemy docierać do wielu osób przez listy, maile, telefony, radio itd. Zawsze można zadzwonić do radia, jak jest odpowiednia audycja, można napisać do katolickiego tygodnika, wiele jest katolickich telefonów zaufania, każda diecezja ma różne poradnie w tym duszpasterską, niektóre zakony ogłaszają możliwość rozmowy o każdej porze. Dodam tylko uwagę: nie szukajmy rozwiązania spraw związanych z wiarą u ludzi, których wiary nie znamy.

 
strona: 1 2 3 4




 

 
   Reklama   |   Wspomóż nas   |   Kontakt   |   Księga Gości   |   Copyright (C) Salwatorianie 2000-2019   |  Facebook